0009-5436-1_psychoteka_b_sml_120

Psychoteka

Autor:  Marek Kielgrzymski
Gatunek: Poezja
Wydawca: Towarzystwo Przyjaciół Słowaków w Polsce
Data wydania: 2004
Data dodania:  25 lutego 2014, 04:00:16
ISBN: ISBN 83-89186-34-5

Krótki opis:

Drugi tomik zawierający wiersze i prozę z lat 1992-2001, fragmenty dziennika oraz grafiki autorstwa Tomka Rybaka i Lecha Lamenta wydany w Krakowie nakładem Wydawnictwa Towarzystwa Przyjaciół Słowaków w Polsce.

Fragment:

Samowar myśli naszych 

 

 

poeci są wśród nas

a że nie mają czasu pisać wierszy

to wina świata

 

rozmieniamy się na drobne

rozpraszamy w mediach

w popularyzowanym odrętwieniu

stać nas na ogryzki

                     marzeń

 

nie znamy samych siebie

skołowaceni

hałasem ciągłych zmagań

 

spierzchnięte wargi przypadku

przywołują wątłe olśnienia

targnięci nadzieją na więcej

pompujemy tanią rozkosz

w gorące serca chwil

 

kołyszemy się w rytmie pociągów

zegary przeganiają nas z miejsca na miejsce

nikt nie ma czasu czytać wierszy

w pogoni za swym ogonem

 

 

 

 

Dzielnice wyziębionych miast

 

Do muszli klozetowych

nie należy wrzucać śmieci, szmat, niedopałków,

ani resztek jedzenia. Hamburger utknął mi w gardle.

Listy od ciebie przychodzą nieregularnie. Klucze

w apartamencie dla dorosłych są skrzywione. A jednak

idziemy. Błękitny komin i wysiedlone dzielnice

murzyńskie. Polmos. Koło chodnika znaki dla bezbożnych.

Wdeptuję w to państwo. Ministrant ustawia słupki. Mim

zdmuchuje świece. Przerośnięci chłopcy sprawdzają bilety.

Tatuaże znowu ponoć w modzie. Pomarańczowa alternatywa

maluje pasy na asfalcie. Wszyscy tak skończymy. Będziemy

malować pasy na asfalcie i białe kreski na roślinach

niskopiennych.

 

 

 

 

jeśliby odejść 

 

jeśliby odejść to właśnie przed świtem

odkrążyć planet orbity zwodnicze

podliczyć saldo zignorować wynik

jeśliby spłowieć to niepostrzeżenie

bez krzyku pytań i niedopowiedzeń

zsunąć się w jamę ze skrzydeł konduktu

jeśliby odejść to bez płaczu mgławic

zaśniedzieć w oczach zmętnieć w widnokręgu

przeniknąć lekko pod powierzchnię światła

 

 

 

 

*        *        *

 

mieszkam w rozbebeszonym łóżku

budzę się pod wieczór i sięgam po tomiki wierszy

Kofta Loebl Ponge

raz w tygodniu przychodzi wyciąg z konta

dobrych uczynków

puka w okiennice PCW

saldo kiepściutkie

nie jestem wzorowym człowiekiem ale

staram się staram przecież się staram

 

tekturowe teczki szybko się niszczą

trzymam więc swoje wiersze w sercu

na miłościwym twardym dysku

wszystkie uczucia utrwalone utrwalone utrwalone

aż do bólu

 

wydałem książkę i co z tego

świat nie zatrzeszczał

nie rozchwiał się w posadach

jest taki sam jak poprzednio

 

 

 

 

Ostatni dzień

 

   Szary poranek niemrawo musnął światłem opuchnięte powieki. Uniosłem lekko głowę mrużąc oczy. Sięgnąłem po niedojedzony kęs wczorajszej babki piaskowej, unosząc korpus do pozycji półsiedzącej. Zacząłem żuć.

W pokoju panował chłód. Karafka z wodą stała na wielkim kartonie, lekko się kołysząc. Nie, to mój wzrok znów płatał figle. Przetarłem oczy. Przyjrzałem się stopom wystającym spod kusej derki. Zaraz za nimi piętrzyły się na parkiecie pudła. Wszystko, co miałem, upchane było w nich na chybił trafił. Sędziwe torby podróżne błyskały zatrzaskami z przedsionka.

    Wstałem z zakurzonego tapczanu przebierając palcami we włosach. Na sweter opadły ziarenka łupieżu. Powlokłem się do ubikacji. Nie pozdejmowane fotografie byłych przyjaciół wykrzywiały błyszczące gęby zza lustra.

„Nastroje, fobie, uleganie własnym chętkom - to tylko moja wina”.

Ochlapałem twarz chłodną wodą. Strzeliło w kolanach, gdy ukląkłem, by podnieść mydło z lepkich od brudu kafelków. Piętro wyżej sąsiad zaczął codzienną kanonadę zapoznanego majsterkowicza. „To musi być jakiś krewny Adama Słodowego, nie może być inaczej!”

Z lustra przyglądał mi się niepozorny, rozczochrany człowieczek o wąskich ustach i zaczerwienionych spojówkach.

    O ósmej przyjechali tragarze z Mebloxu. Stękali i klęli, bo winda nie działała. Upuścili biurko, które rozpadło się na trzy części.

„Teraz będę pisał listy na kolanie!” - powiedziałem zaczepnie. Nikt nie kwapił się ze mną dyskutować. Meblox sprawnie wyniósł moje życie z lokalu mieszkalnego, energicznie pchnął małą ciężarówkę ku rozszerzeniu ulicy i zniknął na rondzie Szymborskiej.

„A więc to już wszystko? A więc to już wszystko.”

    Eksmitowano mnie spory kawałek za mostem wiślanym przy promie Exodus. Opodal wyłaniał się niewielki cmentarz o żelaznej bramie. Rozmokła szosa, co sto metrów utwardzana kruszywem budowlanym, mijając czworaki biegła prosto jak strzelił, w szczere pole.

Od autobusu linii 112 nie było daleko. Postawiłem kołnierz przed zacinającym deszczem, a lewą ręką uchwyciłem klapę jesionki.

„Gdzie ja straciłem te dwa guziki, gdzie? Może to wtedy, gdy utraciłem miłość kobiety?”

Ów dzionek niepodobny był do innych; od dziesiątej słoneczno-deszczowej godziny prawie do zmroku niebo anieliła tęcza. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałem.

  Gardło miałem opuchnięte. Przestąpiłem przez kolorową kupkę śmieci zagradzającą drogę do baraków. Skuliłem się w sobie na myśl o wymiętych twarzach dni zepchniętych przez splot wydarzeń na margines życia. Przystanąłem pod okapem czwartej z rzędu budy. Spojrzałem w ołowiane niebo. Nie musiałem zadzierać głowy, zaciągnęło się porządnie.

 Odchyliłem klapę płaszcza wyjmując złożony w czworo karteluszek. Dokument informował, że mój dom to teraz barak urzędowy numer osiem przy ulicy Cmentarnej. Podszedłem kilka kroków do nowej siedziby. Drzwi były uchylone. Na gumowym chodniku przed wejściem wyraźnie odcisnęły się podwójne ślady opon ciężarówki. Przymknąłem oczy opierając głowę o framugę. „Omdlewający dzień. Trzeba go przeżuć  i wypluć. Zapomnieć.”

 Splunąłem w bok uchylając odrapane drzwi. Z wnętrza wyprysnął kot.

„Teraz będę miał dużo czasu na rozmyślania. Bardzo dużo czasu...”

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się